Pan Staszek


Jest przed pięćdziesiątką. Na ulicy od ponad 4 lat. Walczy o siebie, codziennie..

W Polsce pracował w koksowni, później w budowlance. Miał tu „normalne” życie – rodzinę, dom, pracę. Ale, jak mówi, jak to w Polsce w tamtych czasach, pracowało się, a potem piło z kolegami. I tak na okrągło. „I ten wiecznie obecny alkohol ciągnie się za człowiekiem, przez całe życie, i wciąga na tygodnie albo i miesiące, kiedy nie  myśli się o niczym innym, tylko co wypić. Przyczyną niepowodzeń życiowych jest alkohol.”

Najpierw wyjechał do Londynu, przez biuro pośrednictwa pracy, żeby zarobić trochę i przywieźć pieniądze do Polski. Na miejscu okazało się, że pracy nie było. Nie było też gdzie i za co mieszkać. Życie na ulicy było jedynym wyborem,  a raczej brakiem wyboru. Po trzech miesiącach tułania się postanowił wrócić na kontynent, bo „to zawsze jakoś pewniej na kontynencie, na wyspie daleko nie zajdziesz”. I do Polski bliżej. Z Anglii przepłynął promem i tirami dojechał do Paryża. Nie znał nikogo, nie znał języka.

Po przyjeździe rozpoczęła się równia pochyła. Spanie na ławce, alkohol, żebranie, żeby było za co przeżyć i za co wypić. Momentami bywało lepiej, ale kiedy znów w beznadziei zaczynał pić – tracił wszystko.

Staszek ma naturę odludka, chodzi swoimi drogami. To, że trzyma się z daleka od towarzystwa jest dla niego nadzieją. Kilkakrotnie podejmował terapię, chce podjąć pracę.

Co jest najważniejsze? Żeby mieć małe cele. Najtrudniejsze to znaleźć motywację i sens. I w tym wytrwać.

„Sam sobie nie poradzę, nie jestem w stanie dogadać się, język mi już nie wchodzi do głowy. W tym wieku już się nie dorobię, byle tylko godnie dotrwać. Nie mam marzeń. Mam plan. Pozałatwiać swoje sprawy, które się za mną ciągną od lat i żyć”.



te historie cię poruszą